Opowiadanie Justyny Drzewickiej

 

Justyna Drzewicka, autorka powieści dla nastoletnich czytelników – w tym cyklu Ratownicy czasu na czas kryzysu nadesłała nam opowiadanie rozgrywające się w świecie opisanym w książkach z cyklu Ratownicy czasu. Czasy Kopernika oraz cyklu Ratownicy czasu. Nad wodami Nilu. Przeczytajcie:

 

Projekt okładki opowiadania: sisters_as_books

 

Justyna Drzewicka, Gwiazdka z mutantem

 

Do Wigilii pozostało kilka dni. Wszyscy dwoili się i troili. Przedświąteczny obłęd nie ominął też szkoły imienia Mikołaja Kopernika. W głównym holu właśnie przystrajano choinkę, która miała przyćmić choinki wszystkich innych podstawówek w mieście. Mnóstwo roboty i ścierających się poglądów. Jak zwykle przy takich okazjach dyrektor z minuty na minutę robił się coraz bledszy, nauczyciele coraz bardziej czerwoni, a uczniowie raz tacy, raz tacy, w zależności od tego, któremu z pedagogów nawinęli się pod rękę.

 

Uciekając przed udziałem w tym przedsięwzięciu, Sara i Daniel zaszyli się w kącie sali gimnastycznej. Para trzynastolatków, najlepsi przyjaciele. Ona, jak przystało na przyszłą pisarkę, siedziała z nosem w książce. On, wielbiciel Metalliki, wybijał na parapecie rytm „Enter Sandman”, ale skarcony spojrzeniem dziewczyny, przestał jej przeszkadzać i dla zabicia czasu obserwował przez okno miasto. Wszędzie stały świąteczne drzewka, z każdego kąta straszyły stada Mikołajów i plastikowych bałwanów, gdzie okiem sięgnąć…

 

Zaraz, a to co?

 

Chłopak przetarł zaparowaną szybę, żeby lepiej się przyjrzeć.

 

Sztuczny bałwan pojawił się także przed zabytkowym dworkiem sąsiadującym ze szkołą. Wiekowa willa nie była zwykłym budynkiem. Należała do Instytutu Fizyki Kopalnia Historii. Mieścił się tam azyl dla archeoturystów, czyli przybyszów z XXII wieku. Nikt poza Sarą i Danielem o tym nie wiedział. Oni zaś poznali tę tajemnicę dzięki pewnemu podróżnikowi w czasie, a nawet sami udali się na wyprawy do Bolonii sprzed pięciuset lat i do starożytnego Egiptu.

 

Daniel przycisnął nos do szyby, żeby upewnić się, że wzrok go nie myli.

 

Kopalnia Historii przykładała wielką wagę do artystycznej jakości swojej działalności, więc nijak nie pasowała do niej biała kula podparta kijem od miotły, na którym kołysała się sztuczna ludzka głowa, z długą białą brodą i charakterystyczną czerwoną czapką z pomponem. Bardziej niż bałwana, hybryda przypominała skrzyżowanie wołowego tatara ze śmietankową bezą. Serce Daniela zabiło mocniej. Znał tylko jednego… ekhm… mistrza o takim guście.

 

– Sar! – Gwałtownie odwrócił się w stronę przyjaciółki. – Widziałaś to coś za płotem? Wczoraj jeszcze nic tam nie było, a teraz szast-prast i jest. To musi być ON!

 

On – pół kot, pół robot, przybysz z XXII wieku, animaloid, Mutant zwany pieszczotliwie Mutkiem, chaos w czystej postaci, kpiarz i postrzeleniec skrywający szczerozłote serce, ich najlepszy kumpel. To z nim w Bolonii niemal spaprali życie Mikołajowi Kopernikowi, wylądowali w więzieniu i cudem uniknęli oskarżeń o czary, a w Egipcie przeżyli przygody, z których przymusowa kąpiel w rzece pełnej krokodyli była jedną z mniej niebezpiecznych.

 

– Musi – powtórzył Daniel. Sara pokręciła głową.

 

– Wiem, że ten stwór w ogródku wygląda jak najdojrzalsze dokonanie Mutka, ale to nie jego sprawka. Już go nie zobaczymy, przykro mi. Sam przecież powiedział, że nieautoryzowane podróże w czasie są zbyt niebezpieczne i w ogóle trzeba być odpowiedzialnym.

 

Daniel z niedowierzaniem zmarszczył czoło.

 

– Użył słowa „odpowiedzialność”? On nawet nie wie, co to znaczy.

 

– Osobiście mu to tłumaczyłam. Ze sto razy. Sprawdzając, czy nie śpi.

 

– Sar, Mutant potrafi kimać z otwartymi oczami. Jak czegoś nie chce przyswoić, nie ma siły, żeby go zmusić.

 

Zanim zdążyła odpowiedzieć, tuż przy nich wyrósł dyrektor Albert Gapicki. Zagadali się, nie zauważyli, gdy nadchodził.

 

– Dolecka, Sobol, nie wałkońcie się, pomóżcie kolegom. Sara puściła oko do Daniela.

 

– Tyramy czy wiejemy? – zapytała zerofonicznie.

 

Nadal korzystali z czipów-słuchawek, które wszczepił im Mutek. System komunikacji, w którym wystarczyło poruszać ustami, pozostając niesłyszalnym dla otoczenia, bardzo się przydawał w życiu szkolnym. Zwłaszcza na klasówkach.

 

– Spadamy – odpowiedział w ten sam sposób Daniel.

 

– Jasne, proszę pana, już pomagamy – odrzekli zgodnie nauczycielowi, po czym zakręcili się i uciekli do podziemia, żeby w mieszczącej się tam stołówce przeczekać apokalipsę rozgrywającą się dwa piętra wyżej.

 

Nie byli leniami. Oboje mieli złe przeczucia w sprawie nadchodzących Świąt, więc nie potrafili cieszyć się przygotowaniami do nich, to wszystko. Daniel mógł się założyć, że jego tata spędzi Wigilię w szpitalu, wezwany pilnie do kliniki, więc mama będzie się starała wynagrodzić to synowi, ale oboje – rozczarowani – zasną nad makowcem. Natomiast Sara wiedziała, że sponsorem jej Świąt znów okaże się troska. Rodzice będą w kółko rozprawiać o tym, jak coraz trudniej utrzymać na rynku mały ekologiczny zieleniak.

 

– Ale beznadzieja, już nie zobaczymy Mutka – chłopak wrócił do przerwanej rozmowy. – Namieszałaś mu we łbie tą odpowiedzialnością.

 

Gołym okiem widać było, że tęskni za kumplem. Humor mogło poprawić mu tylko jedno, a Sara wiedziała, co to jest.

 

Wyciągnęła z torby gruby plik zadrukowanych kartek. Z tego, co na temat przyszłości zdradził animaloid wynikało, że wspólna powieść Sary i Daniela o przygodach w XV wieku miała ujrzeć światło dzienne dopiero za dwanaście lat, ale pierwsza wersja powstała już teraz. Nie mogli się doczekać, kiedy wszystko zostanie zapięte na ostatni guzik. Uwielbiali pracę nad tą książką.

 

– Dopieśćmy parę szczegółów – zaproponowała. – Połączymy przyjemne z pożytecznym.

 

Podzieli maszynopis na dwie części, żeby każde zajęło się lekturą swojej. Następnie mieli przedyskutować wątpliwości i zastrzeżenia.

 

Na dobry kwadrans zapadła cisza. Powoli odpływali do innej rzeczywistości, zagłębiali się niej, traci kontakt z teraźniejszością. Mutek, Bolonia i Mikołaj Kopernik, Egipt i Imhotep. To dopiero było życie.

 

A potem wszystko w jednej sekundzie stanęło na głowie.

 

Tym razem nie było żadnego świetlistego kręgu, ani zapachu konwalii, czyli nieodłącznych atrybutów podróży w czasie. Po prostu szary i bardzo okrągły pocisk z radosnym krzykiem wyskoczył gdzieś z kąta. Kot rasy brytyjskiej.

 

– S… stary! – krzyknął Daniel łamiącym się głosem.

 

– Mutek – zakwiliła Sara.

 

Obojgu z trudem przyszło wykrztusić coś więcej, bo nagle twarze mieli wciśnięte w sfilcowane zwierzęce kudły – cóż, ich przyjaciel nienawidził tradycyjnego czesania, dopuszczał jedynie czochranie się o zabytkowe arrasy.

 

– Mrrrrr… – cieszył się kocur.

 

– Mfutfek… – próbowała mówić Sara.

 

– Ooo… tfu! – Daniel walczył z zapchanym sierścią nosem. Tulili się do siebie jak chyba nigdy dotąd. Może dlatego, że długo się nie widzieli, a może dlatego, że spotkanie było absolutną niespodzianką. Przynajmniej dla nastolatków.

 

– Ludki kochane – westchnął w końcu zwierzak, trąc futro pod oczyma. – Spłakałem się jak norka.

 

Odetchnął głęboko i przyjrzał się przyjaciołom.

 

– Jak dobrze was widzieć, ziomale. Tęskniłem bardziej niż pies za patykiem.

 

Nie zmienił się nic a nic. Nadal wysławiał się w dziwacznie, od czasu do czasu w gwarze, którą uważał za slang młodzieżowy z 2018 roku.

 

– Więdłem i usychałem, aż pomyślałem, że wy też, więc wpadłem. Wiecie, jako świąteczny cud… O! – zmienił nagle temat – Macie imprezkę?

 

Z góry dobiegały skoczne dźwięki. Dyrektor Gapicki pod pewnymi względami był oryginałem, więc zamiast przebojów zza oceanu w szkole rozbrzmiewała swojska i nie całkiem współczesna piosenka bożonarodzeniowa. „Jezusie, Jezusie, plamy są na obrusie, trza będzie prać” – informowali Skaldowie.

 

– Aha. – Pokiwał łbem animaloid. – W waszych zapyziałych czasach po staremu: znój i mordęga. Teraz zmuszają was w Święta do harówki ponad siły. Do prania obdartusów.

 

– Obrusów – sprostowała Sara.

 

Mutek nie zwykł przyznawać się do omyłki, nawet gdy brała się tylko ze zwykłego przesłyszenia.

 

– Obrusów, obdartusów, w moim świecie żadne z tych słów nie ma sensu, więc wszystko jedno. Zatem słusznie zrobiliście, dekując się w stołówce, ale zabieram was. W programie obłęd z odrobiną magii, czyli najbardziej odlotowe święta w waszym życiu. Takie ze śniegiem, bo przez te zmiany klimatu tego u was jak na lekarstwo. Spodoba wam się. To podróż do miejsca żywcem z opowiastki z waszego dzieciństwa, misie – pysie. Mój świąteczny prezent dla najlepszych kumpli. Nastawię tylko datę na chronoorganizerze. Nie podglądać!

 

Sara, jak to Sara, w mgnieniu oka była gotowa. Bez dwóch zdań animaloidowi chodziło o jakąś klasyczną baśń o Świętach albo bożonarodzeniową opowieść o Herkulesie Poirot. Mutek czytał tylko to pierwsze albo kryminały z myszką.

 

– Mamuśku, ależ mi tego brakowało.

 

– Ja myślę. – Rozpromienił się kot. – Umiem w rozrywkę. No, komu w drogę, temu trampki na…

 

– Chwila – przerwał mu Daniel.

 

On też zareagował po swojemu, ostrożnością.

 

– Dwa pytania. Sprawa pierwsza: skąd się tu wziąłeś. Nie widziałem tunelu czasowego. Coś się zmieniło? Jakaś nowa technologia?

 

– Spoksik, zero modyfikacji. Po prostu jestem tu od wczoraj. Chronoportowałem się bezpośrednio do azylu i tam się zamelinowałem, a że nie mogłem was namierzyć, z nudów ozdobiłem teren bałwanem. Najlepszym ever, przyznajcie. Ale gdy tylko złapałem sygnał na zerofonii, przyszedłem do waszej budy. Normalnie, jak człowiek, na własnych czterech łapach.

 

– Sprawa druga: to autoryzowana wyprawa?

 

Kot zrobił tak wielkie oczy, że o mało mu nie wypadły.

 

– Zgłupiałeś? Gdyby mój ojciec się o tym dowiedział, na pewno by wyłysiał, a może nawet osiwiał. Nie mogłem do tego dopuścić. Trzeba być odpowiedzialnym, c’nie Sar?

 

Daniel rzucił dziewczynie znaczące spojrzenie, a potem wrócił wzrokiem do kumpla.

 

– Jedna minuta. Tylko tyle potrzebowałeś, żebym zaczął się sobie dziwić, że kiedykolwiek za tobą tęskniłem.

 

– Bo się strasznie posunąłeś przez tych kilka miesięcy i czepiasz się jak starzy po wywiadówce. Rany, półkola ci poleciały, masz zmarchy. O tu…

 

Nie przerywając gadki, Mutek zaczął gmerać łapą nad okiem chłopaka.

 

– Ale pojedziesz, co? Danielku, funflu mój najlepszy, mordo… I weź tu człowieku dojdź z takim do ładu.

 

– Jasne. Ktoś powinien nad wami czuwać.

 

Byli już doświadczonymi podróżnikami w czasie, więc nie potrzebowali instrukcji i długich przygotowań. Należało tylko przy pomocy chronoorganizera wgrać język docelowego obszaru oraz epoki, co – dzięki opracowanemu przez Kopalnię Historii projektowi programowania neurolingwistycznego w głębokim relaksie – zajmowało dokładnie sto dwadzieścia sekund.

 

Dźwięk nowopoznanych słów dzieciakom z niczym się nie kojarzył.

 

– To jakieś pradawne narzecze? – zdziwiła się dziewczyna.

 

– Brzmi jak Mutek, kiedy chrapie – stwierdził Daniel.

 

– Czyli to najpiękniejszy język na świecie, bogactwo głosek i takie tam bajery – skwitował kot, sięgając ponownie po chronoorganizer i odpalając tunel czasowy. – A teraz zagęszczamy ruchy, amigos. Wasz świąteczny prezencik czeka.

 

Zanim przekroczyła świetlisty krąg, Sara dyskretnie wsadziła za koszulę wydruk pierwszej wersji ich książki.

 

* * *

 

Czterdzieści sekund później dotarli na miejsce. Dzieciakom trudno było odgadnąć, w jakiej epoce się znalazły, ponieważ w tej lokacji Kopalnia Historii umieściła azyl w jaskini. Wysoka na kilkanaście metrów grota wypełniona była typowymi dla schronień archeoturystów przedmiotami: lekarstwami, hermetycznie zapakowaną żywnością, pudłami ze strojami. Na tle tego bogactwa wyróżniał się pewien szczególny element.

 

– Tadam! – wrzasnął z dumą Mutek, prezentując choinkę. Imponujące rozmiarami sztuczne drzewo sięgało aż pod sklepienie. Czubek przystrojony kolorową szpicą ze szkła odrobinę się przekrzywił w starciu ze skalnym nawisem.

 

– Tadam… znowu! – Mutek rozdarł się ponownie.

 

Jaskinia miała dwa naturalne pomieszczenia. W drugim, urządzonym na podobieństwo salonu, stał elegancki stół nakryty białym obrusem, talerze oraz kilkanaście garnków, brytfanek i pater ze świątecznymi daniami. Wszystko świeżutkie, cieplutkie, pachnące. Nic tylko siadać do wigilijnej kolacji.

 

Sara i Daniel bardziej jednak niż głodni, byli ciekawi czasów, do których dotarli.

 

– I dobrze – ucieszył się animaloid – bo już zacząłem się nudzić. Żarcie nie zając, nie ucieknie, a nawet nie wystygnie. To samopodgrzewające, utrzymujące świeżość gary. Możemy zwiedzać, jak długo chcemy. Wbijajcie się w tutejsze ubranka i wychodzimy.

 

W charakterze odzieży archeoturyści mieli do dyspozycji stertę surowo wyprawionych skór, które po dokładniejszych oględzinach zaczęli określać mianem spodni, kaftanów, kurtek i czapek. Oczywiście bardzo na wyrost, bo prawdziwego krawiectwa te ciuchy nie widziały. Nawet buty nie przypominały butów, tylko rodzaj skórzanych onuc. Obwiązywało się nimi stopy, wiążąc rzemienie aż pod kolana.

 

– Biegun północny z czasów Cooka? – strzelił Daniel, na wszelki wypadek chowając za pazuchę garść orzechów i parę pierników.

 

Przekąska zawsze się przyda.

 

– Pudło – odparł kot.

 

Stukał pazurkami po ekranie chronoorganizera, przedzierając się przez skomplikowany system komend otwierających zamki w kamiennych drzwiach azylu.

 

– Syberia i Adam Mickiewicz? – zaryzykowała Sara, zdając się na nos przyszłej pisarki, który zawsze skręcał w stronę gigantów literatury.

 

– Świetny pomysł. Tyle, że całkiem do bani.

 

– Naprawdę nie wiem, co chciałeś powiedzieć, Mutek, ale to żadna nowość.

 

– Oj tam, oj tam. Patrzcie!

 

Wyszli na zewnątrz. Z całą pewnością nie był to Londyn czasów Dickensa, wiejska rezydencja z epoki Agathy Christie, ani nawet Syberia. Otaczała ich biała pustka pozbawiona drzew oraz budynków. Tu i ówdzie dało się dostrzec jedynie pojedyncze skupiska formacji skalnych podobnych do ich jaskini, skromne porosty i karłowate krzaki. Zatem nie był to także biegun.

 

– Matko z ojcem, ale zimno! – rozkaszlał się Daniel, gdy lodowaty wiatr wcisnął mu oddech z powrotem do płuc.

 

– No – przyznał z satysfakcją kot. – Gluty w nosie zamarzają. Witajcie w epoce lodowcowej. Tadam!

 

To dopiero była prawdziwa bomba.

 

– Serio? – zachwyciła się Sara.

 

– Co?! – zacharczał Daniel i natychmiast wpadł w panikę: – Dostanę hipotermii!

 

Animaloid przebierał nogami z radości. Sara jak zawsze na wszystko reagowała entuzjazmem, a Daniel szukał dziury w całym, czyli nic się nie zmieniło. Szykowała się dobra zabawa.

 

– Na szczęście już tu byłeś, więc wiesz co i jak. Ktoś musiał przygotować choinkę, te wszystkie dania – powiedział z namysłem chłopak. – Chociaż nie pojmuję, jakim cudem mógł sobie z tym poradzić kot.

 

Mutek zamruczał coś niewyraźnie. Oczywiście, że nie był, wszystko zrobiły roboty, które zresztą nie wyściubiły z azylu swych automatycznych nosów, ale co złego mogło spotkać archeoturystów w krainie, na temat której nakręcono taki fajny film?

 

– Obejrzałem „Epokę lodowcową”. Czternaście razy. Właściwie jestem już ekspertem od plejstocenu – odpowiedział nieco pokrętnie.

 

– Wiecie, że gdzieś tu żyje taka wiewióra, co wszędzie chodzi z orzechem? I chcę poznać Sida, Mańka i Diego. Myślicie, że dlaczego was tu przywlokłem? Impreza!

 

Nastolatkowie wymienili ukradkowe spojrzenia. Z jakichś powodów, prawdopodobnie związanych z jego kompletną beztroską, kot zawsze słabo odróżniał filmową fikcję od realnego życia. Literacką zresztą też. Daniel dyskretnie wskazał przyjaciółce azyl. Jeszcze możemy wrócić, mówiła jego mina, póki nie rozdeptał nas mamut, nie zżarł kot szablozębny, a leniwiec nie zaraził nas pchłami. Sara pokręciła głową. Nie możemy zrobić tego Mutkowi, postarał się. Nawet choinkę zorganizował. Są Święta, zgódź się.

 

Daniel westchnął. W starciu z tą dwójką nie miał nic do gadania.

 

– Chronoorganizer, nawijaj. – Stuknął delikatnie w wyświetlacz urządzenia, które animaloid nosił na brzuchu.

 

– Jest rok 700 000 p.n.e – włączył się automat. – Znajdujecie się na terenie przyszłej Francji, konkretnie w miejscu, gdzie kiedyś powstanie miasteczko Lascaux. Epoka lodowcowa panuje już od dwóch milionów lat i potrwa jeszcze długo. Zapraszamy do zwiedzania. Średnia temperatura wynosi minus dwadzieścia stopni. Ten okres w dziejach Ziemi nazywany jest erą wielkich ssaków. Uważajcie więc na dzikie stworzenia. Naciśnijcie klawisz ESCAPE, a zostaniecie przeniesieni do azylu. Pamiętajcie, że oprogramowanie uniemożliwia transportowanie obcych obiektów przy pomocy tej funkcji.

 

Sara i Daniel już to wiedzieli – blokada zapobiegała próbom kradzieży artefaktów przez nieuczciwych archeoturystów.

 

– Nie ryzykujcie. Powtarzam, w razie zagrożenia życia, użyjcie ESCAPE – dokończył chronoorganizer.

 

– A nie mówiłem? – ucieszył się Mutek. – Nic nam nie grozi. Spacerek?

 

Jak zwykle słuchał wybiórczo. Poszli jednak, bo głupio byłoby się wycofać, nawet nie obejrzawszy tych czasów.

 

Dość szybko okazało się, że wędrowanie w śnieżycy, przy niesprzyjającym wietrze i w sięgających do kolan zaspach nie jest proste. Po dwóch albo trzech kilometrach, nie sposób precyzyjnie ocenić odległość w pozbawionej punktów orientacyjnych przestrzeni, wszyscy sapali jak astmatycy. Mutek ani myślał się dłużej męczyć. Wlazł Danielowi na ramiona i łaskawie pozwolił się nieść. Niestety, ponieważ siedział wyżej, skąd widział więcej, natychmiast poczuł w sobie krew reportera.

 

– Pusto, pusto, pusto… – zdawał relację – tylko jakieś głazy niedaleko, pusto, pusto…

 

I tak przez dziesięć minut.

 

– Mutek, przymknij się – nie wytrzymała w końcu Sara, której to ględzenie przeszkadzało w napawaniu się widokami. – Kontempluj.

 

– Mogę? – ucieszył się, bo ze wszystkich bzdurnych dowcipów suchary lubił najbardziej. – Dobra. Uwaga, kątem pluję! Tfu!

 

– Ej! – obruszył się Daniel. – Nie na moją grzywę.

 

– To się zdecydujcie, mam pluć czy gadać?

 

Ponieważ się zastanawiali, gdyż wybór był nieoczywisty, Mutek wziął sprawy we własne łapy.

 

– Pusto, pusto… coś… nie, jednak nie, pusto, pusto, pusto.

 

– Stary, wystarczy, że powiesz, kiedy coś zobaczysz.

 

– Widzę! – Kot rozszalał się jak paparazzo na widok celebryty.

 

– Maniek! Całe stado Mańków!

 

Rzeczywiście. To, co w pierwszej chwili wydało się archeoturystom głazami, nagle ożyło. Potężne włochate olbrzymy zaczęły podnosić się z ziemi. Były większe od znanych nastolatkom słoni, pokryte gęstym futrem, a ich śnieżnobiałe ciosy sterczały na pięć metrów.

 

– Mamuty – szepnęła z podziwem Sara.

 

Żaden film i żadna rekonstrukcja w Muzeum Ziemi nie były wstanie mierzyć się z TYM. Monumentalne zwierzęta w swoim naturalnym środowisku wyglądały jak prawdziwi władcy lodu.

 

– Zidentyfikowałem hasło „mamut” – uruchomił się automat. Mamut włochaty waży prawie sześć ton i nie ma żadnych naturalnych wrogów poza człowiekiem. Jest roślinożerny, ale niebezpieczny, gdy trzeba broić stada.

 

– Eee, bujdy. Chronoorganizer zawsze panikuje. Tak naprawdę Maniek to klawy gość. Wiem, bo oglądałem naukowy dokument na jego temat. Czternaście razy – przypomniał Mutek i zaczął wrzeszczeć:

 

– Maniek! Cho no tu. Maniuś!

 

Mamuty zareagowały obojętnymi spojrzeniami. Widać uznały, że drobiazg popiskujący na ramionach osobnika z ich punktu widzenia niewiele większego jest tylko irytującym elementem krajobrazu, bo odwróciły się i odmaszerowały dostojnie w siną dal. Ostatni w szeregu nawet uniósł ogon i zostawił po sobie bardzo duży oraz bardzo cuchnący dowód lekceważenia.

 

– Oż ty w sandał – oburzył się animaloid. – Cofam wszystko, co powiedziałem. Maniek to oblech, cioł i prymityw.

 

Kolejny kwadrans upłynął podróżnikom w czasie na przedzieraniu się przez zaspy przy akompaniamencie ględzenia Mutka na temat: „Mamuty, dlaczego ich nie lubię”. Daniel od razu się wyłączył. Gdy jego kumpel miał z kimś na pieńku, obraza i narzekania trwały wieki. Chłopak rozglądał się na boki, bo śnieżyca przybierała na sile, widoczność spadała i wolał mieć pewność, że nie nadepnie na żadne zwierzę z katalogu ery wielkich ssaków.

 

Sara początkowo słuchała Mutka, ale po argumencie trzydziestym szóstym, „Mamuty nie czują magii Świąt”, poddała się.

 

– Tam został jeden – powiedziała, osłaniając oczy przed płatkami śniegu. – Ze swoim dzieckiem… chyba. Widzicie?

 

Cała trójka wytężyła wzrok. Mamucie marudy musiały wcześniej leżeć na obrzeżu stada, ale teraz dzieliło ich od archeoturystów nie więcej niż pięćdziesiąt metrów. Różnica w wielkości osobników rzucała się w oczy od razu. Większy poruszał się ospale, bardziej jak niedźwiedź niż słoń. Mały był niski, smukły, nie posiadał trąby, długich ciosów ani ogona.

 

– To chyba patchworkowa rodzina, zupełnie jak Maniek, Diego i Sid – stwierdził Mutek i od razu zastrzegł: – Z mamutem nie zamierzam gadać. Przepadło. Strzelę focha, gdy będzie nas mijać.

 

Był obrażony na wszystkie Mańki świata, więc ostentacyjnie zadarł nos w górę. Jego towarzysze przeciwnie, śledzili każdy ruch zwierząt. Intuicja podpowiadała im, że w tej epoce nie wolno odwracać się od niczego, co pojawia się w zasięgu wzroku.

 

– Ten gruby raczej nie jest mamutem – bąknął niepewnie Daniel.

 

– Ten chudy tym bardziej nie – dodała Sara. – To… pies?

 

– W „Epoce Lodowcowej” nie było ani jednego kundla – odparł Mutek tonem eksperta. – Były za to tapiry – to pewnie któryś z nich renifery, oposy, ptaki dodo, syreny…

 

– W filmie czy naprawdę?

 

– Nie kumam pytania.

 

Sara machnęła ręką i wróciła do obserwacji. Cokolwiek skakało w śnieżycy, zajęte sobą, chyba jeszcze nie widziało archeoturystów. Większy osobnik próbował kopnąć mniejszego, a ten usiłował wskoczyć towarzyszowi na grzbiet.

 

– Fani fitnessu, ohyda – wzdrygnął się animaloid.

 

Ze wszystkich zajęć na świecie ruchu nienawidził najbardziej.

 

– Nudzę się. Chodźmy poszukać Sida. To leniwiec, wiecie? Tyci-tyci, przytulaśny i tak śmiesznie sepleni… Rany Julek, Godzilla!

 

Sara wrzasnęła, Daniel podskoczył, zrzucając Mutka prosto w zaspę. Wszystko dlatego, że większe zwierzę uznało, że dość już biernego odganiania się od natręta. Stanęło na tylnych łapach, podpierając się ogonem. Wobec tej demonstracji siły osobnik mniejszy czmychnął w bok, kryjąc się w śnieżnej kurzawie.

 

Stwór, który pozostał na placu zmagań odwrócił się w stronę archeoturystów. Był ogromny, w nowej pozie wzrostem dorównywał żyrafie – miał prawie sześć metrów wysokości. Stopy stawiał niezgrabnie, na bocznych krawędziach. Nie mógł inaczej, każdą z łap zdobiły trzydziestocentymetrowe pazury. Ogromne, ostre niczym sztylety. Tak się zresztą nimi posługiwał, dźgając przestrzeń przed sobą.

 

– C… co to jest? – wydukała Sara.

 

– Zidentyfikowałem obiekt w polu waszego widzenia. To megaterium – odpowiedział niezawodny audioprzewodnik. – Przodek współczesnego leniwca.

 

– S i d? – wybełkotał z zaspy Mutek. – Kurdefelek, przecież byłeś malusi.

 

– To jeden z największych ssaków w historii Ziemi – kontynuował automat. – Kiedy stoi na czterech łapach, jest wielkości słonia. Waży pięć ton…

 

– Chrzanić wagę! – przerwał Daniel, jednocześnie wyciągając kumpla z grubej warstwy białego puchu. – Chce nas zjeść? Mutek naciskaj, ESCAPE.

 

– Megaterium jest roślinożerne – kontynuował chronoorganizer.

 

Mutek splunął śniegiem i rozejrzał się po okolicy.

 

– Dlatego nie ma tu drzew. Mega Sid zżarł wszystko na świecie. Wiecie, co to oznacza? Rozkminiłem największą zagadkę wszechczasów. Ej! – krzyknął w stronę olbrzyma. – Sid, ty ćwoku! Przez ciebie wyginęły dinozaury. Nie miały co jeść.

 

Nie była to dobra pora na wyjaśnianie mu, że wielkie gady zniknęły z powierzchni Ziemi sześćdziesiąt milionów lat wcześniej.

 

Leniwiec-Megaterium opadł na cztery łapy, wyminął ludzi – kompletnie niezainteresowany ich obecnością – i bardzo powoli odszedł.

 

– Kolejny foch, Sid dla mnie nie istnieje – oznajmił Mutek, rozglądając się za nową rozrywką. – A gdzie ten mniejszy, tapirek? Może go udomowimy?

 

Usłyszeli za sobą warkot. Bardzo gardłowy, groźny i z całą pewnością nie wydobywający się z pyska poczciwca nadającego się na domowego pupila.

 

– Oj… – zakrztusił się Daniel.

 

Niecałe trzydzieści metrów od nich stał kot. Centkowany, wielki, mierzący ponad metr w kłębie. Miał krótkie, mocarne łapy, którymi zapewne powalał ofiary. Najstraszniejsze były jednak jego kły. Siedemnastocentymetrowe, wystające z pyska jak u wampira.

 

– Czy to jest to, co myślę? – wymamrotała Sara.

 

Stali oko w oko z tygrysem szablozębnym. Trzeba było się katapultować i to szybko.

 

– Naciśnij ESCAPE – szepnął Daniel.

 

– Co? – Mutek wpatrywał się w wielkiego kota, wniebowzięty.

 

– ESCAPE! ESCAPE!

 

Niestety rozsądek nie był mocną stroną animaloida.

 

– Diego – rozanielił się. – Ależ jesteś boski. Też mam takie miąchy i kaloryfer, wiesz? Żółwik na powitanie?

 

Daniel w ostatniej chwili złapał go za kark.

 

– Miauuuu! Puszczaj! To mój kumpel Die…

 

– Zeżre cię, głupku!

 

Siłą wciskał zwierzaka pod pazuchę. Szło opornie, bo Mutek był tłuściochem, ale Daniel nie mógł pozwolić, żeby tygrys zjadł mu przyjaciela, na dodatek razem z chronoorganizerem.

 

– Puszczaj, chcę do Diego.

 

Tygrys rozwarł paszczę, a potem ryknął tak, że Mutkowi momentalnie przeszła ochota na integrację. Od razu schował się głębiej.

 

– Ruchy! – huknął. – Na co czekacie?! Tam jest chyba jaskinia.

 

Rzeczywiście, pomiędzy rumowiskiem skalnych bloków widać było niewielki otwór. Wystarczająco duży, by przecisnęli się przezeń trzynastolatkowie, ale zbyt mały dla potężnego kota.

 

Sarze i Danielowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Popędzili, wysoko podnosząc nogi. Tygrys ruszył za nimi. Krótkie łapy nie czyniły go sprinterem, ale nie odpuścił. Brnął przez zaspy, zapewne licząc, że zwierzyna wkrótce osłabnie. Na to się zresztą zanosiło, gdyż bieg w wysokim śniegu nie był dyscypliną dla każdego.

 

– Stary, ESCAPE! – zarzęził Daniel.

 

– Kiedy mną trzęsie. Puszczę pawia.

 

– Nie… dam… rady – wydyszała Sara. – Zaraz wypluję płuco.

 

– Mutant!

 

– Nie mogę! -Animaloid miotał się pod kurtką, ale za nic nie mógł dostać się w tej ciasnocie do chronoorganizera. – Przytyłeś, klocku.

 

Nacisnął coś po omacku i nagle automat ryknął na cały regulator:

 

– Jingle bell, jingle bell, jingle bell rock Jingle bells swing and jingle bells ring…

 

Efekt był piorunujący. Tygrys gwałtownie odskoczył i zastygł w pozie wystraszonego kociaka, jakby gotowy do dalszej ucieczki.

 

Mutek odważył się wystawić łeb spod kurtki.

 

– Muza z lat pięćdziesiątych i Święta czynią cuda – z trudem przekrzykiwał dobiegający z chronoorganizera hałas. – Myślicie, że dał nam spokój?

 

Daniel skrzywił się. Dał spokój? Nie. Zyskali chwilę, żeby dotrzeć do jaskini, wcisnąć ESCAPE i wrócić do swoich czasów. To wszystko.

 

Najpierw wepchnął do środka Sarę, potem kota, a na koniec wczołgał się sam. W ostatniej chwili – piosenka skończyła się, a tygrys już doszedł do siebie i z rykiem ruszył w ich stronę.

 

– Wciągnij brzuch, Mutek. – Dzieciaki wspólnymi siłami zdjęły z futrzaka chronoorganizer.

 

Z kąta groty, gdzie zalegała spora sterta suchych liści, patyków, mchu i innych roślinnych odpadów, dobiegł delikatny chrobot, który jednak szybko ucichł.

 

– Mysz – wzdrygnął się Mutek. – Nie patrzcie na mnie. Mowy nie ma, nie będę ganiał za gryzoniem.

 

– Wrrrr… – doleciało dla odmiany od strony wejścia.

 

Diego wsadził pysk, mlasnął.

 

Widać było, że jest za duży, żeby się przecisnąć przez otwór, ale i tak wśród archeoturystów na nowo wybuchła panika. Sara zaczęła rzucać w tygrysa patykami, Daniel próbował drżącymi rękoma znaleźć klawisz ESCAPE w menu, a Mutek warczał, syczał, jeżył się. Diego nic sobie nie robił ani z patyków, ani z kociego parskania. Przeciwnie, dostał ślinotoku. Obiad był już tak blisko.

 

– Szybciej! – ponagliła Sara.

 

– Tak, szybciej – płaczliwie wsparł przyjaciółkę Mutek.- Diego chce mnie zjeść, chociaż jesteśmy z jednego pnia. Kot i tygrys dwa bratanki…

 

– Mam – wysapał w końcu Daniel. – Ruszamy.

 

Właśnie wtedy sterta liści uniosła się, a spod niej wychynęła para brązowych oczu. Przerażonych i zapłakanych.

 

– Kurtka na wacie – jęknął Mutek. – Dzieciak.

 

Porobiło się, już nie tak łatwo było po prostu zniknąć. Diego nie odpuszczał. Jeśli danie dnia zdematerializuje się, zadowoli się przystawką, czyli uciekając, archeoturyści zostawiliby małego tubylca w śmiertelnej pułapce. Zabrać go jednak ze sobą nie mogli. Jakby to ujął chronoorganizer – był obiektem obcym. A tygrys wciąż sapał, warczał i oblizywał się, zachęcając do użycia funkcji ESCAPE.

 

Co robić?

 

Daniel prawie odgryzł sobie paznokieć ze stresu. Sara próbowała się uspokoić, odprawiając rytuał kontrolowanych oddechów. Raz, dwa, trzy… W tych warunkach nic jednak nie mogło przyjść im do głowy, bo szablozębny zachowywał się coraz natarczywiej – próbował poszerzyć wejście, drapiąc głazy pazurami.

 

O dziwo, pierwszy oprzytomniał Mutek. Wyrwał chronoorganizer Danielowi, coś nacisnął i „Jingle bell rock” huknęło ponownie na cały regulator.

 

Diego nie wystraszył się tak bardzo jak poprzednio, ale się wycofał. Tylko odrobinę, lecz wystarczająco, by przerażenie archeoturystów opadło do poziomu zwykłego strachu. W tej sytuacji to już było coś. Dało się pogłówkować.

 

– Może poczekamy aż Diego zaśnie? – zapytała Sara, spoglądając to na wejście do groty, to na zagrzebanego w liściach dzieciaka.

 

– Albo dopóki nie wyginie – zaproponował Mutek. – To raptem kilkaset tysięcy lat.

 

Łatwo mu było mówić, jako animaloid był praktycznie nieśmiertelny. Daniel zaczął przeszukiwać playlistę chronoorganizera. Chwilowo nic im nie groziło, ale trzeba było mieć asa w rękawie na wypadek, gdyby tygrys znów zaczął szaleć.

 

– Puścimy mu „Naughty Christmas”, Lacuna Coil – ucieszył się, gdy znalazł odpowiedni kawałek. – To mocna rzecz, bez trudu przepędza z pokoju moich rodziców.

 

W ciągu następnego kwadransa ustalili, że… w sprawie wydostania się z matni ustalą coś później, gdy bardziej odpoczną. Najpierw trzeba było zająć się jaskiniowcem, jak małolata z właściwym sobie taktem nazwał Mutek.

 

– Mogę go uspokoić, a potem wypytać – zgłosił się na ochotnika.

 

– Wykluczone. Za żadne skarby nie odzywaj się na głos.

 

– Dlaczego? Znam się na dzieciach. Mam w domu chomika.

 

– Tak, to prawie to samo – zakpiła Sara.

 

– Ale…

 

– Jesteś kotem, a w świecie tego małego zwierzęta nie mówią. Rozumiesz? Na razie jest przerażony, więc jeszcze w tym swoim kącie nie połapał się, że gadasz jak najęty. I tak powinno pozostać. Rozumiemy się?

 

Futrzak uciekł w bok spojrzeniem.

 

– Mutant, do jasnej ciasnej! – wściekł się Daniel.

 

– Dobra, nie bój żaby. Jestem uosobieniem odpowiedzialności, powinieneś pamiętać.

 

Oznaczało to, że wierny swej kociej naturze, będzie postępował tak albo siak, albo jeszcze inaczej, a wszelkie próby uciszenia go – inne niż zaklejenie pyska taśmą – skazane były na niepowodzenie. Taśmy niestety nie zabrali ze sobą.

 

– Wrrrr… – Diego przypomniał o swoim istnieniu, jednak ostry gothic metal odpędził go całkiem skutecznie.

 

Na pewno wciąż krążył niedaleko, jednak przestał drapać, warczeć i toczyć pianę z pyska. Można było podjąć próbę nawiązania kontaktu z biednym tubylcem. Wypadało zagaić z klasą i dyplomatycznie.

 

– Ty, jaskiniowiec… – wyrwał się Mutek, ale Sara tak dźgnęła go palcem pod żebro, że aż się zakrztusił.

 

* * *

 

Przedstawiciel lodowcowej ludzkości nazywał się Kimoy i okazał się starszy niż początkowo wydawało się gościom z przyszłości. Skończył dwanaście lat. Był równie wysoki i zbudowany podobnie jak Daniel, ale twarz miał bardziej wyrazistą: mocno pochylone czoło, brwi osadzone na dwóch potężnych wałach, niska czaszka, szczęka wyraźnie wysunięta do przodu. Według audioprzewodnika Kimoy był pitekantropem, przedstawicielem prymitywnego gatunku, z którego dopiero za wiele tysięcy lat wyewoluuje homo sapiens.

 

– Pitekantrop przybył do Europy z Afryki. Jako pierwszy korzystał z ognia. Znał pojęcie rodziny, w której pracę dzielono według płci i wieku – dodał automat.

 

– Hej, kolego. – Daniel wyciągnął pierniki oraz torebkę z orzechami. – Jesteś głodny?

 

Głupie pytanie. Kimoy rzucił się na jedzenie. Najwyraźniej zapasy dawno mu się skończyły, a drapieżniki nie pozwalały wyjść z jaskini.

 

Archeoturyści przyglądali się chłopakowi z epoki plejstocenu z nieskrywanym zainteresowaniem.On też otwarcie gapił się na nowych znajomych. Być może wciąż trochę się ich bał. Potrafili wydawać przerażające dźwięki, odstraszyli wielkiego tygrysa, towarzyszyło im coś podobnego do tygrysa malutkiego i wyglądali dziwnie. Wysokie głowy, małe szczęki, cienkie brwi… Strach pomyśleć, jacy byli brzydcy. Kimoy zastanawiał się, czy ci odmieńcy nie zostali odrzuceni przez stado, co i jemu się przydarzyło.

 

– Możemy mieszkać tu razem – powiedział ze współczuciem. Ja też raczej nie wrócę do swoich. Plemię mnie przegnało.

 

Archeoturystów aż zmroziło. Słowa chłopaka zabrzmiały niewyobrażalnie smutno. Został przepędzony?

 

– Dlaczego? – szepnęła Sara.

 

– Nie umiem niczego pożytecznego. Nie poluję, nie wyprawiam skór, nawet nie stawiam szałasu. Wciąż tylko się wymykam, żeby mazać, a nikt nie potrzebuje obiboków.

 

Mazać? Brzmiało to zagadkowo.

 

– S i ę mazać? – podpowiedział Mutek. – Nie pękaj, nie każdy musi być twardzielem. Akurat mnie nic nie ruszy, jestem jak skała, jak betonowy odlew, jak…

 

Daniel natychmiast przybrał pozę kulturysty korespondującą z tą falą bzdur, żeby Kimoyowi do głowy nie przyszło podejrzewać o gadanie zwierzę. Na szczęście rzeczywiście nie przyszło.

 

Pitekantrop wskazał kamienne bloki za swoimi plecami. Dopiero teraz archeoturyści zwrócili na nie uwagę. Były pokryte malowidłami. Tu stworzenie podobne do konia, tam tur, gdzie indziej jeleń, koziorożec, dalej figury geometryczne, kropki, kreski, haczyki. Wszystko w kolorach rdzawych, piaskowych, ze znikającymi konturami, dzięki czemu wydawało się, że zwierzęta biegną po ścianie, a wzory falują na wietrze.

 

– I ani jednego kota – fuknął Mutek, szczerze dotknięty.

 

– Znajdujecie się w jaskini Lascaux, w której w roku 1940 odkryto sto pięćdziesiąt malowideł naściennych i ponad piętnaście tysięcy rytów skalnych – poinformował z opóźnieniem chronoorganizer. – To jedne z pierwszych dzieł malarskich ludzkości. Po ich obejrzeniu Pablo Picasso, wybitny malarz i prekursor nowych form w sztuce, powie: „My nie wynaleźliśmy niczego”.

 

Sara odwróciła się do Kimoya.

 

– Jesteś artystą – powiedziała z podziwem.

 

Chłopak zapewne nie rozumiał znaczenia słowa „artysta”, ale chyba je instynktownie wyczuł, bo uśmiechnął się. Cokolwiek sądzili o nim współplemieńcy, on był z siebie dumny.

 

– I za to cię wygnali z osady?

 

– Może gdybyś narysował kota… – zasugerował Mutek, dla niepoznaki wylizując futro.

 

Kimoy zapatrzył się na swoje malunki.

 

– Mówią, że tych zwierząt nie da się upolować i zjeść. Że ten, kto marze po ścianach, pierwszy skończy w brzuchu tygrysa. Bo wiecie, łatwo go podejść. Wódz wciąż powtarza, że dla takiego jak ja, nie ma żadnej roli w stadzie.

 

Sara rozejrzała się po wnętrzu groty. Było zimne, nieprzyjazne i bardzo puste. Samotność wyzierała z każdego zakamarka. Pomyślała o świątecznych przygotowaniach, które w jej czasach trwały w najlepsze w każdym domu. Ludzie garnęli się do siebie, rodziny zjeżdżały z odległych zakątków, wszyscy cieszyli się, że są razem.

 

– Długo zamierzasz tu siedzieć? – zapytała chłopaka.

 

– Do końca życia. Nikt mnie nie potrzebuje.

 

Zapadło milczenie, nawet Mutek ucichł. Archeoturyści nie znaleźli wystarczająco dobrych słów pocieszenia. Sara i Daniel pochodzili ze szczęśliwych czasów, w których nikt nie musiał być przydatny w dosłownym sensie. Ludzi sztuki ceniono na równi tymi, którzy budowali drogi, leczyli chorych, uprawiali zboże czy uczyli dzieci. Mutek również nie odczuwał presji bycia pożytecznym, zwłaszcza on. Był kotem, oto istota jego jestestwa. Wszystko, co robił, człowiek powinien odbierać jak cud.

 

– Kimoy ma przekichane – oznajmił zerofonicznie. – Sam nie przeżyje tu nawet tygodnia. Może byśmy go czegoś nauczyli? Czegoś praktycznego. Wtedy go przyjmą z powrotem.

 

Świetny pomysł, zgodzili się z nim przyjaciele.

 

– Ja znam czterysta sześćdziesiąt osiem wyrazów powszechnie uważanych za obelżywe – pochwalił się kot.

 

– Raczej mu się to nie przyda.

 

– Zdziwiłabyś się, Sar, wciąż ich używam, ale niech ci będzie. A wy, umiecie coś z sensem?

 

– Wiem, jak się smaży naleśniki – stwierdziła po namyśle Sara.

 

– I potrafię napisać książkę.

 

– Gram na perkusji – powiedział Daniel.

 

– Czyli lipa – westchnął kot.

 

Wyglądało na to, że w epoce lodowcowej każdy z nich wyleciałby ze stada.

 

Kimoy, chyba trochę speszony dziwną, niemą naradą, do której go nie zaproszono, odszedł do swojego kąta. Ukradkiem obserwował nowych kolegów. Zaczynało zmierzchać, szedł siarczysty mróz, a oni nie przynieśli ze sobą niczego, co chroniłoby przed zimnem. Tylko małego, szarego tygryska zwanego przez nich kotem. Co za beztroska! Kimoy próbował ocenić, czy jego własne zapasy liści da się podzielić na trzy osoby i jednego zwierzaka, ale jakby nie liczył, wynik wychodził ten sam. Sterta była za mała.

 

– Ktoś zamarznie tej nocy – powiedział smutno. Trzy głowy odwróciły się jednocześnie w jego stronę.

 

– Co?

 

– Nie mam tyle ściółki – wyjaśnił. – A wyjść po coś dla was się nie da. Tygrys…

 

Sara i Mutek zrobili identyczne miny: co my jeże, żeby spać w liściach? Daniel dyskretnie wcisnął odczyt temperatury i prognozę pogody na chronoorganizerze.

 

– Minus dwadzieścia osiem i spada – poinformował zerofonicznie automat. – Noc zapowiada się na wyjątkowo zimną. Zalecam powrót do azylu.

 

Ta opcja wciąż nie wchodziła w grę. Daniel zerwał się z ziemi.

 

– Rozpalaj ogień, Kimoy. Na co czekasz?

 

– O… ogień?

 

Może to kwestia nazewnictwa albo źle wymawiali słowo?

 

– Płomienie, ogniki, ognisko, czerwony kur – podpowiedziała Sara. – Takie żółte i gorące.

 

Kimoy potrząsnął bezradnie głową.

 

Jak mogli tego wcześniej nie zauważyć? Nigdzie nie było pochodni, ani śladów wystygłego popiołu.

 

– Chronoorganizer, ogień, człowiek, te sprawy – zarządził Mutek.

 

– Proszę uprzejmie, homo erectus, czyli pitekantrop jako pierwszy opanuje sztukę rozniecania ognia i zacznie go używać. Nauce nie są jednak znane okoliczności i przybliżony czas tego wydarzenia.

 

Wnioski były oczywiste. Nikt w tej epoce jeszcze nie miał pojęcia o posługiwaniu się ogniem. Dając tę wiedzę Kimoyowi, podróżnicy w czasie przekażą ludzkości największe odkrycie w dziejach i wpłyną na przyszłość. Jeśli zaś tego nie zrobią, zamarzną, a ich ciała w końcu pożre Diego.

 

Sara zmarszczyła brwi. Jeszcze jedno przyszło jej do głowy.

 

– Kimoy, gdybyś przyniósł do osady coś ważnego, co pozwoli wam nie bać się zwierząt, da ciepło i dzięki czemu zaczniecie jeść smaczniej…

 

– Wtedy byłbym bohaterem – rozmarzył się chłopak. – Do końca świata mógłbym mazać i nikt słowem by mi tego nie wypomniał.

 

Zerknęła na przyjaciół.

 

– Co wy na to?

 

Animaloid wyszczerzył się od ucha do ucha.

 

– Są Święta i to się dopiero nazywa prezent. Mówcie mi Prometeusz, od dzisiaj to moje drugie imię.

 

– Ingerujemy w historię – ostrzegł Daniel. – Sam mówiłeś, że nie wolno.

 

– Spokojna twoja rozczochrana, nikt się nie dowie, że to my. A poza tym – kot nagle spoważniał – ludki, pora się wykazać. Nawet, jeśli bez ognia jakoś spławimy tygrysa, los dzieciaka będzie przesądzony. Nie wyobrażam sobie, żebyśmy mogli zostawić go na pastwę nieszczęścia. To nie my! Musimy pomóc. Zawsze pomagamy. Co z tego, że wpłyniemy na przyszłość? Przecież nie damy młodemu przepisu na atomówkę tylko sprezentujemy mu coś dobrego, pożytecznego. Ja gotów jestem zaryzykować, bo w przeciwnym razie nie mógłbym spojrzeć w lustro. Chłopie, kochany – zwrócił się do Daniela – jesteś ze mną?

 

– No… tak.

 

– Sar?

 

– Pewnie.

 

– To do roboty. Patykiem o patyk, czy jakoś tak. – Kocur wrócił do swego zwykłego tonu i zanim przyjaciele zdążyli go powstrzymać, krzyknął: – Kimoy, zoba na to. Będzie się działo.

 

Pitekantrop przykucnął, zaintrygowany. Nowi znajomi wybierali z jego posłania patyki i płaskie drzazgi drewna. Wyciągnęli nawet wiązki suchych traw, które nie dawały żadnego ciepła, lecz miękko się na nich leżało.

 

– Ale oddacie? – zaniepokoił się.

 

Daniel skinął głową. Chciałby zaprzeczyć, jednak wątpił, czy rozniecanie ognia się uda. On i Sara nigdy nie brali udziału w obozach harcerskich, ani survivalowych. Ogień po prostu zawsze był, w kuchence gazowej, zapalniczce, zapałkach. Nie trzeba o niego walczyć, wystarczyło użyć odpowiedniego narzędzia. Nawet podczas letniego grillowania mieli do pomocy odpowiedni opał i podpałkę. Teraz przyszło im się zmierzyć z oporną materią. Patyki zaścielające podłogę jaskini nie były nasączone łatwopalną substancją, jak zapałki. Drewienko, na którym zamierzali wzniecić żar nie miało w sobie grama parafiny ułatwiającej spalanie. Sam sposób pocierania też był im nieznany. W prawo, w lewo? I tak, i tak? Szybko, wolniej, w zmiennym rytmie? Nieprzerwanie, w sekwencjach?

 

– Guzik wiem o byciu jaskiniowcem – szepnął zerofonicznie Daniel.

 

Sara pokiwała głową, ona też. Ale nie zamierzała się poddawać. Myślała, myślała aż w końcu wymyśliła. Wzięła chronoorganizer i pod pozorem, że musi pójść na stronę, zniknęła w jednym z wąskich korytarzy oplatających jaskinię. Hologram informacyjny pod tytułem „Ręczny świder, rozpalanie ognia z użyciem patyka i tarcia” okazał się strzałem w dziesiątkę. Tadam, jak ująłby to Mutek.

 

– Trzyj od góry do dołu i z powrotem – pouczyła chwilę później Daniela. – Energicznie, najszybciej jak dasz radę. W drewienku zróbmy wgłębienie, żeby patyk lepiej się trzymał. Kiedy zacznie się dymić, podmuchaj, w ten sposób rozniecisz żar. Wtedy powolutku podkładaj po kawałku trawy. Powinno pójść łatwo.

 

Nie poszło. Za to oboje wbili sobie drzazgi. Musieli przy pomocy kamienia oczyścić patyki z kory, żeby były gładkie i bezpieczne dla skóry. Potem zaczęli od początku. Tarli i tarli aż pot spływał im po czołach, a na palcach robiły się pęcherze. Sara złamała patyk, Daniel się skaleczył, Mutek zasnął, a kiedy się obudził oni nadal pracowali. Bez efektu.

 

– Chcecie się ogrzać, dlatego się ruszacie – domyślił się Kimoy. Prościej zbić się w gromadę. U nas w szałasie zawsze tak robimy.

 

– Aaaaaa…!!! – wrzasnął Daniel, pocierając dłońmi tak szybko, że aż bolało. – Mam dość!!!!

 

A wtedy, gdy już chciał się poddać i rzucić badylem o ścianę, na drewienku pojawiła się smużka dymu. Cienka, nieśmiała, jakby niepewna, czy ktoś jej potrzebuje na tym świecie.

 

– Jest – rozpłakała się Sara.

 

– Matko z ojcem – szepnął Daniel. – Zrobiłem to.

 

– Zamiast się przechwalać, dmuchaj, głupku, bo zgaśnie. Trzepnął go łapą Mutek.

 

Pięć minut później Kimoy dzierżył w dłoniach pierwszą w historii ludzkości pochodnię. Zrobioną naprędce z patyka, chusteczki higienicznej i suchych traw, które przywiązano do trzonka łykiem. Wkrótce w jaskini zapłonęło ognisko. Dym gryzł w oczy, bo sklepienie nie miało otworu, ale nikt z obecnych nie narzekał. W środku było ciepło, przytulnie, bezpiecznie.

 

– Pora załatwić porachunki z Diego – powiedział Daniel i poinstruował nowego kolegę, co i jak.

 

Kimoy pokiwał głową. Z taką bronią był gotowy. Wyszedł z pochodnią na zewnątrz. Tuż obok niego dreptał kot. Mrok już zapadł, ale w ciemności doskonale widać było fosforyzujące oczy tygrysa. Dziki zwierz patrzył, jakby dziwił się, że człowiek i to małe coś odważyli się zaryzykować. Z warkotem podszedł bliżej.

 

– Wrrr… – odpowiedział Mutek. – Cho na solo, Diego! Kimoy mógłby przysiąc, że okrzyk napłynął od strony szarego tygryska, lecz przecież w to nie wierzył. Zwierzęta nie mówiły. To Daniel wyzywał z jaskini drapieżnika na pojedynek.

 

– Uważaj, idzie – odezwał się znów ten sam głos.

 

Diego stąpał po śniegu z wielką pewnością siebie. Szedł jak na gotowe, posiłek czekał.

 

– Jeszcze nie, jeszcze nie… .

 

Kimoy, chociaż nogi mu się trzęsły ze strachu, nie cofnął się, zaś kiedy nadszedł właściwy moment…

 

– Teraz, jaskiniowiec!

 

… machnął ogniem tuż przed pyskiem tygrysa. Diego zaskamlał, podkulił ogon i uciekł. Naprawdę, daleko i bezpowrotnie.

 

– Kto tu jest samcem Alfa, cienki Bolku? – wrzasnął za nim ów dziwny głos.

 

A potem zwierzak zamruczał do Kimoya zachęcająco i zawrócił w stronę jaskini.

 

– Brawo, misiu – pysiu, wygrałeś – rozległo się. – Mógłbyś w końcu narysować kota. Jakiś prezent chyba się za to należy.

 

Chłopak roześmiał się. Oczywiście, że narysuje. Zamierzał przeznaczyć jeden korytarz w jaskini na malowidła tygrysów. Nie znał sposobu na stworzenie szarej farby, ale namaluje kota po swojemu, w piaskowo – czerwonych barwach.

 

Usiadł przy ognisku zapatrzony w jego hipnotyzujący blask. Nigdy nie widział czegoś równie pięknego. Wiedział, że nic nie trwa wiecznie, więc kiedyś ten wyjątkowy płomień zgaśnie. Musiał nauczyć się go przywoływać.

 

Wziął do ręki patyk i drewienko. Po kilku godzinach treningu był mistrzem.

 

* * *

 

Świtało, kiedy dotarli na tyle blisko osady, że gołym okiem dało się dostrzec szałasy i sylwetki kręcących się po niej mieszkańców. Tu postanowili się pożegnać. Kimoy musiał wrócić do domu sam, w glorii chwały, z płonącą pochodnią, którą oświetlał drogę i odstraszał drapieżniki.

 

– Dziękuję – powiedział. – To wszystko zmieni.

 

Zabrzmiało tak, jakby nie miał na myśli tylko swoich spraw. A może archeoturystom tylko się wydawało, że przemawiał w imieniu całej ludzkości wdzięcznej za światło i ciepło?

 

– Nie pozwól bawić się tym dzieciom. Pożar murowany ostrzegł Daniel.

 

– I uważajcie z ogniem w szałasie – dodała Sara.

 

– Oraz narysuj kota – uzupełnił Mutek.

 

Kimoy pokiwał głową. Nie był przecież głupi, spamiętał wszystko od razu, chociaż powtarzali mu to już do znudzenia. Doceniał jednak troskę i nie protestował.

 

– Idę. Żegnajcie. Widzę mamę!

 

Sara i Daniel uściskali go na drogę, Mutek wytarł się w nogawki spodni. Potem pozostało im już tylko patrzeć.

 

Cała wioska wyległa przed szałasy. Jedni krzyczeli na widok ognia, inni podbiegali zaciekawieni. Nikt nie pozostał obojętny. Zapłonęło pierwsze ognisko, potem następne i kolejne. W osadzie podniósł się krzyk. Radosny, pełen dumy:

 

– Kimoy! Kimoy! Kimoy!

 

Sara, Daniel i Mutek popatrzyli na siebie zadowoleni.

 

– Takie Święta to ja rozumiem – zarechotał kot.

 

* * *

 

W azylu rozbrzmiewały dźwięki kolęd. Świece płonęły jasnym blaskiem, choinka pachniała upajająco, a w salaterkach, garnkach i na półmiskach nic już nie zostało. Sara leżała na sofie, próbując w niezauważalny dla kumpli sposób poluzować spodnie. Daniel padł na dywanie; najadł się tak, że ledwie mógł oddychać. Mutek zaś chodził dookoła choinki i węszył. Z każdym okrążeniem nabierał coraz większego przyspieszenia.

 

– Fajnie było – powiedziała rozmarzonym głosem Sara. – Najlepsze Święta w moim życiu. Dzięki, Mutek.

 

– Aha – odpowiedział, drobiąc nerwowo pod gałęziami.

 

– A to że daliśmy ludziom ogień… – zachłysnął się dumą Daniel. – Dzięki, Mutek.

 

– Aha.

 

Ciągle te monosylaby. Coś było nie tak. Przez całą kolację animaloid zachowywał się dziwnie. Co chwila chrząkał, gapił się znacząco na przyjaciół, nurkował pod świątecznym drzewkiem. Teraz znów ruszył truchcikiem dookoła pnia. Zaglądał między bombki, szarpał łańcuchy, wspinał się na gałęzie.

 

– Stary, błagam cię – jęknął chłopak. – Od samego patrzenia na ciebie pierogi, barszcz i makowiec wracają mi z żołądka. Usiądź. Powiedz, co cię gryzie?

 

Mutek westchnął.

 

– Nie pomyśleliście o mnie – powiedział z wyrzutem.

 

A więc o to chodziło. Sara uśmiechnęła się pod nosem. Oczywiście, że pomyśleli. Czekali na odpowiedni moment. Mrugnęła do Daniela, a ten kiwnął głową i wyszedł do drugiego pomieszczenia. Chwilę go nie było, a kiedy wrócił miał na sobie strój Mikołaja, sztuczną brodę, czerwoną czapkę i wielki worek przewieszony przez ramię.

 

– Ho! Ho! Ho! – przywitał się tubalnym głosem. – Czy jest tu Mutek?

 

Animaloid rozpromienił się.

 

– To ja! Jestem! – Podskoczył na krześle.

 

– Mam dla ciebie prezent.

 

– Nareszcie!

 

– Czy byłeś grzeczny?

 

Kot zawachlował ogonem, zastrzygł uchem, poruszył wąsami.

 

– Eee… nie. Wcale.

 

– I bardzo dobrze. Tak trzymaj – ucieszył się Daniel. – Ho! Ho! Ho!

 

Położył na stole wydruk pierwszej wersji powieści opisującej ich wspólne przygody w Bolonii. „Ratownicy czasu” głosił tytuł.

 

– To dla ciebie, przyjacielu – powiedział ciepło.

 

Animaloid pochylił się nad pierwszą stroną. Oczy mu się rozszerzyły, a potem zwilgotniały.

 

– Mutkowi, jedynemu na świecie, najlepszemu z najlepszych przeczytał dedykację.

 

– Wesołych Świąt – uśmiechnęła się Sara.

 

– Wesołych Świąt, ludki.

 

Od Autorki:

Wiem, że nieznana jest dokładna data opanowania ognia przez pitekantropa. Są źródła, które mówią, że pierwsi ludzie korzystali z niego już milion lat temu. Wiem też, że Sid – Megaterium nie występował na terenie Europy, podobnie jak Diego – tygrys szablozębny. I wiem, że rysunki naskalne w jaskini Lascaux datowane są na okres znacznie późniejszy niż ten, w którym dzieje się akcja Gwiazdki z Mutantem. Mówiąc wprost, zakrzywiłam czasoprzestrzeń, żeby dać Wam prezent na Mikołajki. Ten jeden raz pozwoliłam sobie na odstępstwo od faktów historycznych. Sid, Maniek, Diego, pitekantrop – malarz, dzieciaki z XXI wieku i animaloid z przyszłości razem? Czemu nie? Idą Święta, cuda się zdarzają.

 

Piszą o nas:
logo 1logo 2logo 3logo 4logo 5